urlop
Recent Photos

urlop

GALERIA ZDJĘĆ…GALERIA ZDJĘĆ…GALERIA ZDJĘĆ…GALERIA ZDJĘĆ

jutro o tej porze będziemy w samolocie nad oceanem atlantyckim… jeśli odleci o czasie… późnym popołudniem powinienem już być w basenie ;-)

basen w hotelu Palia don Pedro

i tak przez najbliższe dwa tygodnie… +20 stopni :-D

oczywiście biorę aparat, więc zdjęcia będą na pewno – jeszcze nie wiem czy będę wysyłał, czy wrzucę dopiero po powrocie… myślę, że ciekawe będzie porównanie zdjęć i relacji chłopaków z najdalszych zakątków indonezji i relacji z pobytu w kurorcie dla angielskich/niemieckich emerytów ;-)

idę się pakować… trzymajcie kciuki… żebym tylko dzieci na lotnisku nie pogubił ;-)

—————————————————————————

Wreszcie znalazłem hot spot.. w barze Tenerife Sun ;-)

—————————————————————————

Występują:

– Renata, czyli moja żona;

-Babcia, czyli moja mama;

– Vincent, czyli mój starszy prawie czteroletni syn;

– Dominik, czyli mój młodszy syn 2,5 lat;

– no i ja oczywiście ;-)

Wrzucam tekst, który pisałem w miarę regularnie, codziennie wieczorem. Może przyda się komuś, kto wybiera się na wyspy canaryjskie. Zdjęcia dodam raczej po powrocie, jak je troszkę „obrobie”.

Miłego czytania, ciąg dalszy nastąpi…

……….

1.
Wstaliśmy o 5, kawa, budzenie dzieci, bagaże czek, dokumenty czek; taxi (zamówione poprzedniego dnia) na 6 miało być DUŻE, bo bagaże, bo my, bo dzieci… przyjechało jakieś audi kombi.. no cóż, kierowca się postarał ale i tak miałem na kolanach bagaże…
nic to, w dobrych nastrojach, byliśmy o 7 na okęciu… i tu pierwszy zgrzyt.. na dokumentach nieprawidłowe dane! Przemiła pani w okienku biura podróży itaka, wzięła długopis i poprawiła. OK.. Odprawa bagażowa.. jako rodzina (jedno nazwisko) mieścimy się w limitach wagowych UFFFFF :-) idziemy dalej, na „rendgen”, i oczywiście wszyscy piszczymy, nawet dwuletni Dominik. Miałem niezły ubaw, kiedy trzymając opadające spodnie bez paska, patrzyłem jak poważny celnik „maca” mojego młodszego syna :-D Jeszcze tylko zakupy w „bezcłówce” (karton lucke strike 89 PLN) i czekamy na „on board” naszego boeninga.. dygresja: ja ostatni raz latałem jak miałem jakieś 8 lat! dygresja 2: okęcie terminal 2 OK. „On board” o czasie, pan który zajrzał w nasze papiery uprzedza, żeby się cieplej ubrać, bo samolot nie został podstawiony pod rękaw i będziemy podjeżdżać autobusem… cholera, ciepłe ciuchy zostały „za granicą”.. no nic, idziemy, zimno, wieje, pada, autobus… zimno, pada, wieje, schody do samolotu i… stoimy na tych schodach, bo wsiadanie idzie powoli, dzieci marzną, generalnie piź..i jak w kieleckiem. Ale nic to, myślę sobie, jeszcze 5 godz. i będzie +20 stopni – o ja naiwny!!!
Tak czy inaczej, wsiedliśmy, mamy miejsca koło siebie (ufff), tuż przed skrzydłem (widać silnik), krótka walka o miejsce przy oknie ze starszym synem i żoną (przegrałem)… siadamy zadowoleni i czekamy….. i od tej pory wszystkie zdażenia mi się troszkę zlewają w jedno wrażenie mordęgi w ciasnym samolocie (boening 737-800 nie polecam), z coraz bardziej znudzonymi dziećmi, z ogrzewaniem ustawionym na max, z brakiem napojów, których nie kupiliśmy?!? a stewardesy nie mogą nic podać dopóki stoimy…a stoimy 4,5 godziny!!!!! w tym czasie pilot próbuje kilka razy wystartować, ale wiatr, śnieg, zamarźnięte silniki i jeszcze inne pierdoły. W końcu mówią nam, że jeśli nie wystartujemy w 30 min. to nas odwiozą z powrotem do terminalu… to se ku..a polatałem!!
Na szczęście się udało i w końcu wystartowaliśmy. Wsiśnięci w fotele, z bolącymi uszami, świadomi że to dopiero połowa poróży patrzymy za okno, a tam… wyjście z chmur… kto nie widział, nie poczuł tego niemalże magicznego przejścia ze śnieżnego, zimnego „dołu” do słonecznej „góry”, ten nie zrozumie, to trzeba poczuć!!!

SNC00774
Klimat w samolocie (czarter, sami polacy) przypomina trochę podróż pociągiem relacji kraków-gdańsk ;-) wszyscy łażą, stoją, gadają, coś piją, coś jedzą, dzieci płaczą albo ganiają się po całym samolocie, jakiś facet podrywa stewardesę, ktoś się zamknął w kibelku… wolę to niż sztywne zachowanie podpożądkowane wymogom bezpieczeństwa ;-) aha, w samolocie sami gadżeciaże – laptopy, przenośne dvd, mp4, PSP i inny staf na co drugim fotelu.
Widok za oknem (udało mi się w końcu tam usiąść) do granicy franc-hiszp to właściwie same chmury i ostre słońce, ale nad hiszpanią zaczął sie prawdziwy „google earth” :-) góry, pola (na dole zero śniegu), miasta i miasteczka, rzeki, linie kolejowe i gdzie niegdzie chmurki… SUPER!! Ale najlepszy widok jest wtedy, gdy w odległości kilkuset metrów (tak sądzę, nie wiem na pewno) przelatuje inny samolot – a ruch nad europą jest duży. To trzeba zobaczyć na własne oczy, dopiero wtedy widać prędkość z jaką się leci (apropo’s – nie udało mi się włączyć GPSa w samolocie, nie chciał łapać fixa, więc nie wiem z jaką prędkością lecieliśmy – podejrzewam jakieś 800 km/h). Piękny widok na wybrzeże hiszp. i już jesteśmy nad atlantykiem. Tu kilka statków i wspaniały widok na chmury – PIĘKNE!!! Podejście do lotniska na teneryfie (tenerifa sur, reina sofia) od dziwnej strony – od połódniowego zachodu.. chyba… zaskoczyło mnie to, ale dzięki temu mieliśmy niezły widok na wszystkie kurorty, Samo lotnisko jest niesamowite, pas sąsiaduje z morzem i jest chyba krótki – samolot ostro hamował.
Skrót narracyjny ;-)
Pierwsze chwile na teneryfie: zapach, wiatr, ciepło, chmury, jestem głodny, PAPIEROS – pierwszy od 9 godz!!!!
Hotel czek in, pokój OK daje radę, obsługa mówi po polsku, kolacja.. hmm jakaś taka inna, dziwna kuchnia.. taka jakaś nijaka/brytyjska..
Spotkani polacy uprzedzają, że w tym hotelu kogoś tam okradziono (AAAAA!!!! aparaty, obiektywy, laptop, pieniądze,dokumenty!!!!)
Pokój mamy z dużym balkonem z widokiem na bar i basen (hehehe mogę wyskoczyć do baru jak wszyscy już będą spali).. w barze leci madonna na zmianę z polskim disco polo :-/
teraz siedzę na tymże balkonie, w krótkich spodenkach i piszę te pierdoły ;-)
+20 stopni!!! nie za dużo nie zamało ;-D

:END OF LOG:
2.
Dziś w barze wieczór karaoke… śpiewają (?) głównie francuzi.. polki też, ale nie jestem w stanie powiedzieć co.. na pewno coś polskiego… „agnieszka już tu nie mieszka” ??? WTF??
ale, ale, po kolei
Przede wszystkim rano jest inaczej niż w polsce. Jak się obudziłem o 7:45 (u nas 8:45) to było jeszcze ciemno i to zaskoczyło mój organizm, no bo niby +20 stopni – taka wiosna/lato – powinno być już jasno.. hmm no niby styczeń… sam nie wiem o co mi chodzi, ale coś mi tu nie pasuje.
OK, śniadanie (angielskie – jajka + bekon, była też fasola, ale nie ryzykowałem) siąkanie w pokoju, Vincent chce na basen.. hmm ok synek idziemy.. kąpielówki, ręcznik, klapki, rękawki, basen… UPSSS woda miał chyba z 10 stopni! no ale co, ja nie wejdę!? JA NIE WEJDĘ!?! wszedłem…… o ku..a jak zimno!!!! Trudno, przy basenie siedzą francuzi, brytyjczycy i patrzą. W basenie tylko ja… CO, JA NIE DAM RADY?!?! Pływam, Vinc zrezygnował (Tata, zimno!). Ci przy basenie patrzą z pobłażliwym uśmiechem na ustach, ratownik podniósł się z leżaka i też patrzy.. pływam.. o ku..a jak zimno… ale dzięki temu po wyjściu z baseny, leżenie na leżaku w promieniach porannego słoneczka było SUPER!
Dobra, basen zaliczony, pora iść zobaczyć morze. I tu okazało się, że godziny spędzone w domu na google earth są lepsze niż jakakolwiek mapa. Czuję się jakbym tu już kiedyś był. Układ ulic, kierunki świata, morze – to wszystko mam w głowie. Oczywiście na zdjęciach satelitarnych nie widać szczegółów, takich jak wszechogarniający, hiszpański SYF. No nic, słońce świeci, rodzina zadowolona, idziemy. Palmy, papugi, turyści, hotele, knajpki.. o, jest i morze… no tak, tylko, że klif… wulkaniczny klif.. nie ma opcji, żeby zejść i zamoczyć nogę… ale, jest ścieżka/dróżka wzdłóż brzegu – idziemy. Robi się naprawdę ciepło, widok piękny, fajne pensjonaty i hotele, ale między nimi są też place budowy, które wyglądają jakby zostały opuszczone lata temu.

IMG_7069pop
Idziemy do sklepu. Dzięki ci panie boże za globalizację ;-) masz ulubiony produkt spożywczy? tu też jest.. Dominik był wniebowzięty, jak zobaczył actimel (jest od niego uzależniony), Renata znalazła swoje ulubione lody, ja Famous Grouse (11 eur z hakiem za 1l w plastiku i 13 eur w szkle) + cola (cena porównywalna). Generalnie ceny prod. spoż. są bardzo zbliżone do cen w polsce, choć są wyjątki.
Na obiad idziemy do knajpki na klifie z widokiem na morze. Zaglądamy w menu a tam… hamburger, czisburger, frytki, kurczak z frytkami, frytki z frytkami itd itp, generalnie głęboki tłuszcz w stylu GB.. hmmm.. nie tego oczekiwaliśmy. Wracamy do mijanej wcześniej małej, loklanej z wyglądu pizzeri. Kelner gada tylko po hiszpańsku, ale się dogadujemy. Pizza dla chłopaków + 2*canelloni + sałatka + 2*herbata + aqua + lokalne piwo Dorata. Pizza poprawna, canneloni dziwne. jakby z ciasta naleśnikowego, sałatka słaba, herbata lipton (globalizacja – Vincent zadowolony), aqua z limonką od razu w butelce, piwo OK. Rachunek 34 euro.
Dobra, rodzina do hotelu, ja czas wolny. Poszedłem w tripa w kierunku Las Galletas. To jest jedyne, podobno (według przewodnika) miasteczko na południowym wybżerzu, w którym są jacyś lokalsi nastawieni nie tylko na turystów. Dygresja: teneryfa jest podzielona – pólnoc = lokalsi, hiszpanie prowadzący normalne życie; południe = turyści, turystyka, euro, euro…. z wyjątkiem (podobno) Las Galletas. Koniec dygresji.
No cóż, faktycznie wygląda to tak jakby tam toczyło się normalne życie, ale odniosłem wrażenie, że za fasadą szczęśliwych, ogorzałych od słońca i wiatru ludzi, kryje się bieda, zaniedbanie, zaniechanie, emigranci z afryki, brud, SYF, i wszechogarniająca Maniana…
Wszędzie widać zamknięte hotele, sklepy, domy. Bardzo dużo nieruchomości na sprzedaż. Jakieś arabskie dzieci bawiące się na ulicy. STADA bezdomnych psów na uliczkach. Wszędzi na ścianach grafitti (w złym tego słowa znaczeniu – to znaczy ściany pomazane, brudne). Wszędzie porozbijane butelki, śmieci i SYF. Na parkingu jakiś koleś grzebie w śmieciach. Idę w stronę morza… plaża… jaka plaża!?! jakiś pieprzony, wulkaniczny żwir! Bez butów z twardą podeszwą nie polecam. Co prawda nie była to główna plaża Playa de Las Galletas, ale mi wystarczy.
OK, jest ścieżka w stronę hotelu, idę. Widok w stronę morza super, widok w stronę lądu nie super. Mijam kilka hoteli, które lata świetności mają już dawno za sobą.. jakieś 20-30 lat temu, tu musiało być naprawdę fajnie.. teraz jest dołująco. Miałem wrażenie jakbym grał w stalkera albo fallouta.. opuszczone, zaniedbane, nie wykorzystany potencjał miejsca.. trochę śmierdzi zdechłą rybą.. kawałek klifu się zapadł i nikt go nie naprawia.. rury ze ściekami odprowadzone prosto do morza.. hmmm.. lokalsi chyba nie doceniają tego co tu mają.
Skęcam w stronę hotelu i trafiam na urocze pueblo z białymi domkami, czyściutkimi podjazdami i tabliczkami na skrzynkach pocztowych… same angielskobrzmiące nazwiska. Dochodzę do „naszej” ulicy i tu się okazuje, że jest to osiedle zamknięte.. przynajmniej od ulicy, bo od strony morza może wejść każdy.
OK, spacer z dziećmi – trafiamy na więcej takich częściowo zamkniętych, czyściutkich i schludnych osiedli. Mijamy jakichś ludzi w Czapkach i kurtkach, również puchowych!?! Hotel, kolacja – frytki i jakaś padlina.. dzieći nie chcą jeść makaronu (tata, ten makaron jest oliwny!)… i mają rację, makaron nie ma smaku… Spotkanie z rezydentką biura podróży itaka – propozycje wycieczek fakultatywnych.. wygląda to ciekawie, zobaczymy co z tego wyjdzie..
Dzieci spać, łiski+cola a w barze wieczór karaoke….
3.
Dzień trzeci, był dniem lenistwa…
Dzieci wyprowadzone na spcer, babcia czas wolny, żona odsypia, francuzcy emeryci ulegają czarowi hiszpańskich animatorek i grają w jakieś gry planszowe…
Wczoraj wykupiliśmy wycieczki fakultatywne. Jutro jedziemy do Loro Park, w poniedziałek jadę sam na objazd wyspy (cały dzień) będzie zdobywanie wulkanu ;-), we wtorek rejs katamaranem + wieloryby + delfiny, w środę rejs na Gomere – sąsiednią wyspę objętą ochroną unesco (lasy, wąwozy, język gwizdany!?!)… zapowiada się aktywny tydzień ;-)
Byłem w pizzeri po wifi. Zamówiłem piwo, spytałem o dostęp do sieci, dostałem nabazgrane na kartce hasło…. i nic, nie bangla.. idę do kolesia i pytam czy może mi jeszcze raz zpisać WYRAŹNIE to hasło, a on mi na to, że to jest hasło (słabo gadał po ang.) ja mu na to, że wiem ale nie jestem pewien czy dobrze odczytałem jego bazgroły, a on mi na to że to jest hasło…. no żesz motyla noga!!!!! OK, siadam, próbuję na kilka sposobów i nic. Przy okazji znajduję jakąś sieć niezabezpieczoną, ale też nie bangla… kurde, może z moim (ojca) lapkiem coś nie tak :-/
Wypiłem duże piwo za 2 eur i wracam do hotelu. W hotelu są 2 kompy. 10 min za 1 eur, ale nie można np. wgrać swoich plików.. pozatym nie chce mi się przepisywać tego wszyskiego :-/
Maniana…
Spróbuję jutro.
4.
Dziś byliśmy w Puerto de la Cruz, a dokładniej w Loro Park. Jest to połączenie zoo z cyrkiem. Park niby nie jest duży (my byliśmy tam 3-4 godz. ale nie widzieliśmy wszystkiego – część była zamknięta), ale ma dużo atrakcji. Najważniejsze to pokaz orek, pokaz lwów morskich i delfinów. Świetne są też pingwiny – mają „terrarium”, w którym warunki klimatyczne są maksymalnie zbliżone do tych występujących w ich środowisku naturalnym. Oznacza to tyle, że jeśli gdzieś tam na biegunie południowym pada śnieg, to w terrarium też pada, na biegunie temperatura -20, w terrarium też itd. Oczywiście są małpy, żółw (jeden, ale za to OGROMNY), papugi, leniwce, papugi, tygrysy i jeszcze więcej papug… dla dzieciaków największą atrakcją były orki (może dlatego, że był to pierwszy pokaz i jeszcze nie były zmęczone..) Reasumując – fajnie, ale dla dwulatka to ciut za dużo, 3-4 latek daje radę.

IMG_7208pop

Wszystkie „dodatki” do parku – czyli picie, jedzenie, gadżety, maskotki, psiąćki i inne pierdoloty BARDZO drogie. Z samego miasta widzieliśmy niewiele – ja, kilka najbliższych parku uliczek z widokiem na morze <foto>, Renata z Vincentem pojechali „ciuchcią” (taka jak u nas na starówce) na jakąś promenadę nadmorską, gdzie próbowano im wcisnąć tanie zegarki, okulary przeciwsłoneczne i inne duperele. Podróż z Las Galletas do Puerto de la Cruz trwała jakieś 2 godz. W tamtą stronę jechaliśmy głównie autostradą, ale wracaliśmy już inną drogą – to była chyba TF36, najbardziej kręta droga,jaką w życiu jechałem.. serpentyny z gór z widokiem na doliny i w tle morze.. Autokar jechał ze średnią prędkością 20-30 km/h..Hotel, kolacja, spanie….
5.
8:50 miał po mnie przyjechać autokar pod hotel.. stoję od 8:30.. czekam.. jest 9:15, autokaru nie ma.. maniana.. 9:25, jest autokar.. Ruszamy na wycieczkę Grand Tour czyli objazd wyspy. Pamiętacie taką serię filmów „W krzywym zwierciadle” („National lampoon” bodajże oryginalny tytuł).. pamiętacie częśc pod tytułem „Europejskie wakacje”.. pamiętacie jak zwiedzali bodajże Paryż i Rzym z autokaru..? Tak mniej więcej wyglądała moja wycieczka ;-) Po pierwsze szybko, bo dużo punktów w programie, po drugie z autokaru bo czały czas pada. Ale powiem wam, że mimo wszystko było warto. Jeszcze wczoraj mówiłem, że chyba raczej nie chciałbym tu (na teneryfę) przyjechać jeszcze raz, ale po tej „objazdówce” zmieniłem zdanie. Tu jest naprawdę pięknie, tylko trzeba się wyrwać z magicznego kręgu hotelowo-eurowo-manianowo-bananowego. Góry mają tu R E W E L A C Y J N E. Wylkany, z całą tego surrealistyczno-magiczno-kosmiczno-księżycową konsekwencją. Krajobrazy nie z tej ziemi. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że kręcono tu wiele filmów, między innymi „Star wars” czy „Mad Max” <foto> Tylko trzeba trafić na pogodę – mi się nie udało. Można wejść na szczyt krateru Teide – trzeba sobie załatwić pozwolenie w Santa Cruz de Tenerife (dają każdemu) bo jest to teren parku narodowego pod ścisłą ochroną. Do wysokości około 2000 m.n.p.m. można dojechać samochodem/autokarem, potem kolejka linowa (przy złej pogodzie oczywiście nie bangla) i na końcu około 200 m z buta – to oczywiście wersja dla aktywnych inaczej ;-) Aha, Pico de Teide ma 3718 m.n.p.m. i jest najwyższym szczytem Hiszpanii (tej kontynentalnej też); bardzo często na dole jest +20, a na górze leży śnieg.
Potem było miasteczko La Orotava.. no cóż.. pięknie, wspaniałe domy z 1632 r. (Casa Fonesca) czy z 1590 r. (Casa Molina), a wśrodku tutejsza cepelia i odpust. Obrusy, serwety, stroje ludowe, lokalny alko, gipsowe krasnale, więcej strojów ludowych, jakieś specjały kulinarne, znowu obrusy (tym razem z chin), i jeszcze raz stroje ludowe.. wejście za free, ale już kibelek 50 centów, chcesz wejść na pierwsze piętro i zobaczyć z bliska te słynne balkony? Dawaj euro! <foto>
Następny punkt w programie to tradycyjny canaryjski obiad.. myślałem, że to będzie w La Orotavie, ale nie. Wiozą nas autokarem pod miasto do rewstauracji przy autostradzie. No nic, wygląda nieżle, na zboczy (jak większość domów tutaj), spory teren, kilka sal i ogródków ze stołami, wszystko w cieniu palm i bananowców. Na dzień dobry, przy wejściu robią nam zdjęcie – każą się uśmiechnąc i pozować na tle jakichś tandetnych dekoracji. OK, głupi uśmiech, pstryk (nikon + lampa na wprost!). Idziemy do sali – uwaga bo ślisko, cały czas pada. Ponieważ byłem sam – tego obsługa nie przewidziała – więc sadzają mnie z jakimś małżeństwem z nastoletnim synem. Na stole dwie butelki wina, białe i czerwone, tutejsze sosy – mojo rojo i mojo verde, bardzo dobre, oraz gofio – mąka z kukurydzy, prosa i jęczmienia – zaskakująco dobra w połączeniu z bułką lub na przykład bananem. Może tylko zbyt kleista w ustach. No dobra, popróbowaliśmy sosów i mąki, pora na wino. Mąż rozlewa, dzieciak nie pije, żona tylko troszkę spróbowała… reszta dla nas ;-) wino OK, niezbyt mocne, lekko wytrawne, wyraziste w smaku. Zdecydowanie młode, stołowe (oczywiście brak etykiet na butelkach sugeruje jakoby było robione na miejscu i rozlewane z beczek; jak było naprawdę tego się nigdy nie dowiem). Przynoszą zupę. Z całą pewnością jest to zupa o której czytałem w przewodnikach – Potaje canario – czyli cieciorka, kartofle, kukurydza, warzywa, szczątkowo makaron. Całkiem, całkiem. Zjadłem cały tależ, co się żadko zdarza w przypadku zupy ;-). Wino.. Niosą drugie danie.. i tu nie lada szok! Frytki pochodzą z wysp kanaryjskich!! No tak, przecież to jest tradycyjny obiad canaryjski, a na tależu widzę frytki! Dzieciak moich współbiesiadników w siódmym niebie, my lekka konsternacja.. Wino.. Do frytek kurczak, przyżądzony na tradycyjny sposób. Nie pamiętam nazwy.. Wino.. i sładników, ale był on przygotowany w słodko-pikantnej marynacie, naprawdę bardzo dobre.. Wino.. Podali też tradycyjne (?) ziemniaki w mundurkach gotowane dawniej w wodzie morskiej, co nadawało im biały kolor i marszczyło skórkę ;-), teraz są to zwykłe ziemniaki w mundurkach a nazywają je Papas arrugadas.. Wino.. nie ma deseru.. Wino..
Przy wyjściu pokazują nam zdjęcia i proponują ich zakup za 6 euro!! Pogieło ich.. nie wziąłem..
Dalej.. Icod de los Vinos.. tak tak, znowu vino ;-)
Miasteczko w którym rośnie dracena, która według najnowszych badań naukowych węglem aktywnym ma około 1000 lat!!! a w okolicy choduję się winogrona i oczywiście robi z nich wino.

IMG_7473pop 

Oglądamy dracenę – coraz bardziej leje, zaczyna grzmieć – i biegiem na degustację miejscowych win. Degustacja.. hmm.. to był jakiś cholerny sprint z kubeczkami i butelkami, które zmieniały się tak szybko, że nie można było się podelektowac, posmakować poszczególnych trunków. A były tam 4 wina – od wytrawnych, po słodkie, rum, likiery bananowy i czekoladowy oraz nalewka Draco z draceny. Szybkie zakupy i sprint do autokaru bo leje niemiłosiernie a w dodatku burza.
Przez Garachico tylko przejeżdżamy i pędzimy (30-40 km/h) w dół do Los Gigantes. Sytuacja na górskich drogach robi się nieciekawa. Wody coraz więcej, w wielu miejscach strumienie (Wczoraj gdy tędy jechaliśmy były suche) wylały na ulice i pola, ze zboczy leci woda z kamieniami a często i sporymi głazami – jeden spadając udeża w bok autokaru. W pewnym momencie widzimy jakiegoś pickupa w poprzek strumienia, woda przelatuje przez otwartą kabinę a obok stoi właściciel i dzwoni po pomoc mocno przy tym gestykulując.
Los Gigantes.. bardzo chciałem to zobaczyć.. są to klify o wysokości 500 m, według przewodników książkowych albo 750 m według naszego przewodnika.. tak czy inaczej widok imponujący. Gdyby nie padało i gdyby nie było mgły..  :-/ A tak to niewiele widać, coś tam majaczy we mgle..  :-(
Autokar, hotel, kolacja…
Plecak ze sprzętem foto przemoczony na wylot, obiektywy MOKRE, body zaparowało od środka (wyświetlacz), lampa mokra.. ale wszystko działa UFFFF….
Aha, w związku z pogodą i prognozą na jutro, przesunąłem rejs katamaranem na następny tydzień.
6.
Dzień techniczny i ogólna maniana.. Pranie 4 euro, suszenie 4 euro.. Na morzu olbrzymie fale.. Już nie chcę mieszkać w hotelu na klifie, fale rozbijają się o klif i cała piana leci na balkony.. Wieje i co chwilę pada.. W przerwie między opadami zabieram Vincenta na plac zabaw. Idziemy klifem, piękny widok, drobne kropelki morskiej wody w powietrzy, świeci słońce, troszkę za mocno wieje.. Plac zabaw, wyciągam aparat z wciąż wilgotnego plecaka i szok.. sigma 12-24 nie łapie ostrości!! af is dead!!!! odkręcam, zaglądam – wilgoć; czyszczę huham restartuję.. UFFF, działa..
Zaczyna kropić – wracamy. Oczywiście w miejscu gdzie nie było jak się schować dopada nas największ ulewa a dodatkowo wiatr się wzmaga chlapiąc na nas morską wodą. Vinc ma kurtkę + dwie koszulki + długie spodnie + kalosze więc mu się nie spieszy… ja mam trampki, krótkie spodenki i najcieńszą koszulkę jaką wziąłem na ten wyjazd więc go poganiam niemiłosiernie.. no i co? oczywiści zachciało mu się siusiu!! w  taką ulewę, na jakiejś cholernej pustyni, gdzie nie ma nawet żadnej cholernej canaryjskiej palmy!!! lejemy.. synchronicznie, bo mi też się zachciało.. i tak już jestem cały mokry ;-)
dobiegamy do hotelu.. gdyby dziś był konkurs mokrego podkoszulka, to z całą pewnością bym go wygrał..
Plecak mokry na wylot.. sprzęt foto znowu mokry.. do wieczora suszenie i nadla mokre..
OK..
Byłem na necie w recepcji (widać w komentach) – 10 min za 1 euro, 20 min za 2 – komputerów nawet nie widać, wszystko zamknięte, więc nie ma mowy o wrzuceniu zdjęć :-/
Poszliśmy z Renatą na spacer.. ona planuje zabrać stąd sadzonki kaktusów. Już sobie upatrzyła „dawców” ;-) ciekawe jak to przewieziemy samolotem.. hmmm…
Dzwoniłem do rezydentki Itaki, żeby przełożyć kolejną, jutrzejszą wycieczkę na sąsiednią wyspę Gamorę. Okazało się, że wycieczka i tak jest jutro odwołana ze względu na zniszczenie dróg wywołane opadami deszczu.. no mówię wam, klęska żywiołowa.. trzy dni deszczu.. maniana..
7.

Dziś już mniej padało. Trochę deszczu i trochę słońca. Byliśmy z dzieciakami na placu zabaw. Niby ok, ale oprócz nas nie było tam nikogo.. no prawie nikogo, bo obok nas ćwiczyli jacyś hiszpańscy emeryci.. unos dos tres quatro.. unos dos tres quatro…  :-/

Dzieci zadowolone.

Poszliśmy do pobliskiego shoping center po coś do picia, a tam hindusi sprzedają elektronikę oraz mydło i powidło a obok w rytm elvisa tańczą brytole.. w centrum handlowym.. ?? No nic, co kraj to obyczaj. Fajna sprawa z tymi centrami handlowymi, tu budują je pod ziemią. Prawdopodobnie ze względu na ciepły klimat, pod ziemią oszczędzają na klimatyzacji.

IMG_7076pop

Po obiedzie, zrobiliśmy sobie sjestę i właściwie nic ciekawego się nie działo.

W barze dziś koncert jakiegoś Xesko, Xisko… cokolwiek.. jakiś stary koleś zawodzi do mikrofonu, a ludzie przy tym tańczą… :-/

Jutro chcemy się wybrać do Los Christianos na plaże. Tam to dopiero jest odpust.. sklep na sklepie obok angielski pub itp itd. Pojedziemy, zobaczymy, napiszemy.

Teraz siedzę w angielskim pubie przy pifku, obok dumnie kroczy WIELKI karaluch, a ja piszę te pierdołki…

Oby nie padało.

8.

Dziś mieliśmy jechać na plażę, ale niestety Dominik ma znowu zapalenie ucha :-/ Na szczęście przerabiamy to już prawie od roku, więc byliśmy przygotowani jeśli chodzi o leki… W związku z tym zostaliśmy w okolicach hotelu. Ja wybrałem się w stronę Żółtej góry (nie wiem jak to jest po hiszpańsku, ale widać ją na Google earth na wschód od Costa del Silencio). Powiem tak REWELACJA!  Sama góra jest starym, wygasłym stożkiem wulkanu. Nie jest duża, można wejśc na nią bez zadyszki ;-) Ale najciekawsze jest miejsce gdzie góra spotyka się z morzem, lawa wpadając do zimnej wody zastygała w fantastycznych kształtach. Tak sobie szedłem i robiłem zdjęcia aż nagle zorientowałem się, że wokół mnie opalają się sami NADZY emeryci!! I wtedy sobie przypomniałem, że w domu czytałem o tym miejscu.. to plaża nudystów!! AAAAA!!! Uciekając mało co nóg nie połamałem na tych cholernych kamieniach…

IMG_7679pop

Teraz siedzimy z Renatą w tym samym pubie co byłem wczoraj i wyrywamy sobie laptopa.. więc dziś krótko.. jeśli żona mi nie zabierze kompa to spróbuję zaraz dodać jakieś foto. Mam z tym mały problem, bo w domu nie wgrałem żadnego programu do obróbki zdjęć (zmniejszanie, wyostrzanie itp.) i teraz korzystam z obróbki online :-/ Jak wrócimy (za tydzień) to nadrobię zaległości foto.

9.

Pojechaliśmy do Los Cristianos – ja, Renata, Vinc. Podróż autobusem „miejskim” 1,20 od osoby, dzieci nie płacą (nie pytałem do ilu lat, bo kierowca powiedział „Bambino, no” i to mi wystarczyło.. jeszcze by się zaczął dopytywać ile Vinc ma lat, a tak pojechał za free). Jechaliśmy około 30 min. Po drodze, po wyjechaniu z Las Galletas, mieliśmy Clasic Tenerife Highway czyli z lewej banany, z prawej banany, z przodu banany, z tyłu banany.. Wszędzie plantacje ich bananów. Piszę „ich” bo są to inne banany niż znamy z polski. Tutejszę są mniejsze (jakieś 3/4 klasycznej czikity), o wiele bardziej słodkie i rosną do góry nogami tzn. ogonek jest na dole a banan rośnie do góry. Trudno je kupić na kontynencie, poza Hiszpanią, bo mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia. Ot, taka ciekawostka przyrodnicza. Plantacje, moim zdaniem, zajmują połowę wyspy. Drugą połowę zajmują oczywiście hotele ;-) Wszystkie plantacje są ogrodzone paskudnymi murami z szarych betonowych jakby pustaków, bardzo często uszkodzonych, rozbitych… maniana… Sprawia to bardzo przygnębiające wrażenie. Dodatkowo, plantację są przykrywane siatkami. Ma to zapobiec utracie wilgoci, oraz ma chronić przed wiatrem. Niestety wizualnie jest to paskudne – patrząc z jakiegokolwiek wzgorza na okolicę, prawie na pewno zobaczymy masę hoteli na wybrzeżu i dalej w głąb lądu, jak okiem sięgnąć, przygnębiające plantacje bananów. Koniec dygresji bananowej..

IMG_7759pop
Dygresja autobusowo/manianowa..
Przed wejściem do autobusu, odwiedziliśmy lokalny supermarket. Kupiliśmy napoje i stajemy w kolejce do kasy. Widzę, że kasjerka pyta się każdego klienta o narodowość i pokazuje mu kartkę z flagami i jakimś tekstem.. hmm.. o co chodzi? Ponieważ kolejka jest długa, a tu nikomu – a już na pewno kasjerkom – się nie śpieszy, więc mam czas obserwować cały „rytuał”. Panienka pyta znudzonym głosem „Nationalite?” (czy jakoś tak), po czym pokazuje klientowi kartkę jednocześni patrząc maślanymi oczami w zupełnie inną stronę tak jakby odpowiedź ją wogóle nie interesowała.. O co chodzi?? Może to jakaś ankieta/sondaż kto u nich kupuje? Ale jeśli tak, to czy ona nie powinna gdzieś zaznaczać odpowiedzi?? maniana..
Koleś przede mną pokazuje fińską flagę i stawia na kasie najtańsze piwo w małej puszce. Potem spotykamy go w autobusie.. wygląda jak fiński Ernest Hemingway, który ocknął się po imprezie w innym mieście na kacu, mając w kieszeni 2 euro, z czego 0,80 wydał od razu na piwo…
OK, Los Cristainos. Hotel na hotelu, sklep na sklepie, bar na barze. Odpust, burger king, frytki, i emeryci na swoich elektrycznych wózkach. Idziemy na plażę Playa de Los Cristianos – w przewodniku napisali, że jest ok dla dzieci. Dochodzimy do jakiegoś bulwary, widzimy jakiś port.. a gdzie ta plaża? No niby jest piasek, ale jakiś taki brudny.. to nie może być to! Są leżaki, parasole, ktoś się tam opala.. patrzę na mapkę – to jednak tu..  :-/
Renata poszła po lody, ja z Vincentem przysiedliśmy na leżakach. Nagle, jak z pod ziemi, wyrósł przy nas koleś z charakterystyczną torebką przy pasku oznajmiającą wszem i wobec, że on tu zbiera jakieś opłaty.. zaraz, zaraz jakie opłaty?? no tak, leżaki! Ok mister ;-) ile i za co? 9 euro (!!!!!) za 2 leżaki z parasolką!!!!!!! Pytam się go jak długo mogę za tak absurdalną cenę korzystać z dobrodziejstw brudnego leżaka i niedającego się ustawić parasola, a on na to pokazuje pięć palców. Mam nadzieję, że to oznacza conajmniej pięć dni… ty, ty… złodzieju jeden, ty…… :-/

IMG_7851pop
Plaża w porcie.. hmm.. jestem przyzwyczajony, że leżąc na plaży mój wzrok podąża aż po horyzont.. a tu, jakieś 300-400 metrów i port, molo, statki, olbrzymie promy. Piasek.. jestem przyzwyczajony, że piasek ma kolor zbliżony do żółtego a nie brudno szaro czarny i po połączeniu z wodą nie tworzy twardego i ciężkiego betonu.. i jak tu z synem stawiać babki z piasku jak on (piasek nie syn) nie chce wyjść z wiaderka!!
Ale nic to, dzieciak ma radochę, jest ok. Świetnie się „dogaduje” z jakimś hiszpańskim rówieśnikiem.
W drodze powrotnej znów napotkaliśmy manianę..
Recepcjonistka w hotelu (polka), jak pytaliśmy o autobus, powiedziała żeby się za bardzo nie sugerować rozkładem, bo oni tutaj niezbyt się go trzymają. Miała rację. W LoS Cristianos, na dworcu autobusowym, profesjonalne tablice wyświetlają godziny odjazdu. Nasz autobus za 25 min. Renata do sklepu, Vinc na plac zabaw, ja palę.. mija 10 min. (!!!) i podjeżdża nasz autobus. Ale o co cho??? No nic, biegiem do autobusu, bilety (z powrotem 0,10 drożej – dlaczego, skoro ta sama trasa???), siadamy, jedziemy. Jedziemy to raczej złe słowo – zapierd…my, to bardziej pasuje. Kierowca chyba nadrabiał opóżnienia i z całą pewnością złamał mnóstwo przepisów. Trasa, którą wcześniej zrobiliśmy w 30 min. teraz zajęła nam 15 min.!!!!
Hotel, kolacja, dzieci spać, babcia książka, my do pubu.. żona zabrała mi kompa i nic nie wrzuciłem na stronę.. piwo.. chłodno, coś koło 13 stopni.. wracamy.. piszę ten „rozdział”.. łiski + cola (Renata kupiła dziś bezkofeinową coca-colę).. papieros i spać..

10.

Dziś znów byliśmy w Los Cristianos.

IMG_7905pop

Wczoraj przetarliśmy szlak ze starszym synem, dziś wzięliśmy młodszego. Oczywiście usnął w autobusie po jakichś 10 min.

 Znowu musiałem go nieść – optymistycznie nie wzięliśmy wózka z Warszawy.. Doszliśmy na plac zabaw w połowie drogi od przystanku na plażę i tam Dominik dospał na ławce a Vincuś próbował się bawić z zmiejscowymi dziećmi. Zaskoczyło nas, że bardzo dużo osób tu pali papierosy przy dzieciach nawet na placach zabaw.. hmm.. ja się już nauczyłem nie palić przy gnojach i strasznie mnie to razi. W kraju zdażało mi się zwrócić uwagę komuś kto palił na placu zabaw. Co kraj to obyczaj. Doszliśmy na plaże tym razem sprytnie omijając większość sklepów z pierdołami, bo byśmy nie doszli do wieczora (sklepy + dzieci = zakładany czas dotarcia na miejsce + 3 godz. conajmniej). Tym razem olaliśmy leżaki i rozłożyliśmy się przed nimi na piasku, na ręcznikach. Bliżej morza i zaoszczędzone 9 euro ;-) Jak zaczeliśmy się rozkładać to się okazało, że obok nas rozkładają się ci sami ludzie co wczoraj, z dzieciakiem w wieku Vincenta. Okazało się, że Alvaro (tak ma na imię ten chłopiec) też jest wielkim fanem filmu „Auta”! Dogadali się z Vincem bez problemu i cały czas świetnie się bawili a Dominik razem z nimi.. i tyle na dziś.. nic ciekawego.. pogoda ok.. zaraz idziemy do pubu na pintę piwa i kawkę.. może żona mi pozwoli coś wrzucić ;-)

11.

Dziś znowu Los Cristianos, tym razem z Babcią. Nie było Alvaro :-( Poza tym nic ciekawego. Pogoda taka sobie.. niby ciepło, ale chmury i wiatr. Po drodze jakaś maniana z autobusem, musieliśmy się przesiadać w jakimś miasteczku.. nie za bardzo wiem o co chodziło..

Powiem wam szczerze, że mam już dość tego jedzenia tutaj. Wszędzie frytki, fasola i jajka na boczku..

IMG_4119pop

Trzeba się dobrze naszukać żeby zjeść coś innego. Najłatwiej znaleźć kuchnię włoską i chińską – nie ma mowy o jakichś owocach morza albo tradycyjnej kuchni hiszpańskiej. Jesteśmy tym bardzo rozczarowani, nawet dzieciaki już niezbyt chętnie jedzą frytki :-/ Przedwczoraj podali nam w hotelu (szwedzki stół) pomidory z mocarellą.. to znaczy tak to wyglądało, a smakowało jak trociny. Wydawałoby się, że hiszpańskie pomidory powinny być smaczne – nic z tego, są twarde i nie mają smaku.. Ser, który udawał mocarelle był suchy i bez smaku. Dziś Renata próbował wyczarować jakąś sałatkę z dostępnych składników i było PRAWIE jak w domu. Tu nawet pizza jest jakaś taka niesmaczna.. Chyba zaczynam tęsknić ;-)

12.

Dziś rano pogoda niewyraźna, nigdzie nie pojechaliśmy nic nie zwiedzaliśmy. Powoli zaczynamy wszyscy tęsknić i coraz częściej rozmawiamy o Warszawie..
Wczoraj po kolacji, ponieważ już nie mam w czym chodzić, chciałem zrobić pranie w self service pralni, była godz. 20:30. Spakowałem walizkę brudów, wziąłem książkę i idę.. upss, odbiłem się od zamkniętych drzwi.. o co chodzi?? Wkurzony poszedłem na recepcję zapytać o godziny otwarcia pralni – nigdzie nie ma wyraźnej informacji. Rozmowa a recepcji:
(ja) Przepraszam, w jakich godzinach można korzystać z pralni?
(panienka z recepcji – polka) Nie jestem pewna..
A czy mogłaby pani sprawdzić?
Chwileczkę.. (nerwowo szuka w jakichś papierach, ale wyraźnie nic nie znajduje..) Chyba od 7 albo 8 do… chyba 20 albo 21..
MANIANA!
Wpierwszej chwili myślałem, że mnie szlak trafi, ale po chwili zacząłęm się śmiać. Zaczynam się wczuwać w ten ich klimat.. NIGDY NIC NA 100% :-)
Wstałem dziś po 8, zjadłem śniadanie i na spokojnie bez ciśnienia zrobiłem sobie pranie i suszenie po 9.. bez pośpiechu.. bo jak nie dziś to jutro.. maniana
Kolejna sprawa to sjesta. Zaczyna się o 13 a może 14 i trwa do 16 albo 17. To jest niesamowite, że oni potrafią wtedy rzucić każde zajęcie i zniknąć na parę godzin.. Tak jak pani, która sprząta pokoje. Dziś sprzątała u nas po czym w pewnym momencie wyszła, zostawiając otwarte drzwi a przed drzwiami swój wózek wyładowany ręcznikami, prześcieradłami i innym staffem. Pasowałoby to mi gdybym tu żył i pracował, ale ponieważ jestem gościem/turystą to jeszcze mnie to troszkę wkurza, choć powoli się przyzwyczajam. Planując jakikolwiek wypad do miasta trzeba wziąć pod uwagę porę sjesty. Jeśli na nią trafisz to nic nie załatwisz. Urzędy, banki, placówki usługowe wszystko zamknięte. Otwarte pozostają niektóre bary, które podają w tym czasie tradycyjne potrawy i napoje (podobno, my nie sprawdzaliśmy) oraz niektóre supermercado (supermarkety). Banki są otwarte od 8:00, 8:30 lub 9:00 i pracują do 14:00, potem sjesta i już ich nie otwierają. Podobno bankierzy robią wtedy roboty papierkowe, ale kto ich tam wie ;-)
Przypomniało mi się jak byłem na tej wycieczce objazdowej i w jednym z miasteczek oglądaliśmy coś na kształt naszej cepelii połączonej z mini muzeum etnograficznym. W jednym kącie było tam koło garncarskie i tradycyjne canaryjskie skorupy. Obok kołą siedział nieruchomo jakiś koleś i tępo patrzył przed siebie.. Nasz przewodnik wyjaśnił nam, że ten pan ma teraz sjestę.. Zatkało mnie wtedy, koleś sprawiał wrażenie manekina, któremu zupełnie nie przeszkadzają tłumy turystów przewalające się metr od niego. Niesamowita jest siła sjesty ;-D
Renata z Babcią były dziś w Las Galletas po jakieś perfumy. Jest to podobno jedna z niewielu rzeczy które można tu kupić o wiele taniej niż na kontynencie. Druga rzecz to tania elektronika.. od hindusa :-/ Mam pewne opory, bo to nigdy nie wiadomo czy nie podrobione a i z gwarancją mogą być kłopoty. Ale pewnie sobię kupię przed wyjazdem jakiś gadżet. Może to będzie jakiś wypasiony aparat typu małpa.. Na takie rodzinne wypady, kiedy jestem obwieszony pieluchami, kremami, ciuchami na zmianę, ręcznikami, wiaderkami i całym tym plażowo rodzinnym ustrojstwem, taki mały, dający dobrej jakości zdjęcia aparacik jest idealny. Nie chce mi się już nosić plecaka z body + 2 lub 3 obiektywy + lampa itp.. Oczywiście lustrzanka zostaje ;-) ale raczej na wypady stricte fotograficzne. Przez ostatnie dni używałem wyłącznie aparatu żony, mój leży w plecaku pod łóżkiem… maniana…..

13.

Kolejny dzień na Teneryfie.. Dziś mieliśmy zaplanowaną wycieczkę katamaranem. Rano, po śniadaniu poszliśmy do recepcji, gdzie mieliśmy czekać na autobus. Spotkaliśmy tam rezydentką z biura podróży, która miała dla mnie złe wiadomości.. Mianowicie jutro miałem popłynąć na sąsiednią wyspę Gomerę, ale ponieważ nie zebrała się odpowiedni ilość chętnych, wycieczka została odwołana :-( Ja to mam jakiegoś cholernego pecha!!! W zeszłym tygodniu odwołane bo deszcz zniszczył drogi a teraz to…. Pani zwróciła mi pieniądze i strasznie przepraszała.. No nic, może przynajmniej dzisiejsza wycieczka się uda. Podjechał busik pełen belgów i troje polaków oprócz nas. Zawiózł nas do portu w Las Galletas. Tam wsiedliśmy na katamaran.

IMG_4147-2

Kilka minut przygotowań i ruszamy. Samo wyjście z portu ok, trochę „szeroko” koleś zarzucił rufą, ale w sumie ok. Wypłynęliśmy za falochron i…. zaczęło się ;-) Fale, wiatr, słońce i piękna błękitna woda. Byłem troszkę rozczarowany, że cały czas „szliśmy” na silnikach, ale i tak było super.. ale tylko dla mnie :-/ Wykupując tą wycieczkę upewniłem się czy można tam zabrać dzieciaki. Pani zapewniała, że tak. OK… Jedna rzecz, której nie wziąłem pod uwagę to kołysanie i choroba morska. Ja ok, ale Babcia i Renata (6 miesiąc w ciąży) bardzo szybko zrobiły się „zielone” na twarzy. Pierwsi poprosiliśmy o woreczek ;-) na szczęście nie był potrzebny do końca wycieczki… ufff.. Dzieciaki w sumie ok, Dominik zaraz usnął u Babci na rękach – dzięki temu miała pretekst żeby nie ruszać się zmiejsca :-D – natomiast Vincent sprawiał wrażenie sennego na granicy pawia. Rozkręcił się dopiero później.  Renata bardzo szybko zaległa na ławce i tak została prawie do końca.

IMG_4158-3

Wypłynęliśmy około 3 km od brzegu, ale to wystarczyło żeby poczuć ocean. Fale miały około 1m do 2, widok na wyspę wspaniały. Naszym celem były wieloryby piloty, które przebywają w okolicach Teneryfy przez cały rok. Są to najmniejsze wieloryby osiągają – według słow pilotki – max 7m. Czasami udaje się podobno spotkać inne, wieksze wieloryby, przepływające między wyspami. Nam się to nie udało. Udało się zobaczyć wspomniane piloty.. tak naprawdę to zobaczyliśmy tylko ich płetwy grzbietowe, ale to w zupełności mi wystarczyło. Są WSPANIAŁE!! Widzieliśmy około 5-6 sztuk w odległości jakichś 5m od katamaranu. Niesamowite zwierzęta.. Każdy z nich ma jedyną w swoim rodzaju płetwę grzbietową, taki odpowiednik ludzkiego odcisku palca. Podobno rybacy, którzy pływają tu codziennie, są w stanie rozpoznać poszczególne sztuki i podobno nadają im imiona.

Następny punktem wycieczki było spotkanie z delfinami butelkonosymi. O ile wieloryby można wypatrzeć z daleka i do nich podpłynąć, o tyle delfiny są nieprzewidywalne. Pieprzeni indywidualiści ;-) Nawet jeśli uda się je wypatrzeć to nie ma żadnej gwarancji, że podpływając w to miejsce jeszcze się je tam spotka. Skubane są bardzo szybkie. Jednocześnie są one bardzo towarzyskie i ciekawskie, lubią zabawę i popisy. Potrafią, podobno, wyskakiwać z wody płynąc obok łodzi. Piszę podobno, bo owszem spotkaliśmy kilka, ale miała chyba sjestę… Płynęły sobie leniwie obok nas, po czym nagle przyspieszyły… i tyle je widzieliśmy.. Trochę szkoda..

Potem było jeszcze podziwianie klifów od strony morza, była okazja do nurkowania (nikt nie skorzystał – ja tylko dlatego, że zapomniałem kąpielówek ;-> ). Jakieś kanapki, cały czas open bar – piwo, wino, szampan, soki. Można było podziwiać widoki z siatki rozpiętej między kadłubami i to bardzo się podobało Vincentowi. Acha, była jeszcze jedna atrakcja.. kibelek pod pokładem. Połączenie wc w pędzącym pociągu z kibelkiem w samolocie ;-) Polecam tylko prawdziwym twardzielom…

Powrót do portu, Babcia prawie ucałowała ziemię po zejściu z trapu ;-D Zrezygnowaliśmy z podwózki do hotelu i poszliśmy na spacer po Las Galletas. Wedłóg naszego książkowego przewodnika jest tu podobno „zaskakująco dużo lodziarni”.. NO więc chodzimy i ich szukamy.. chodzimy.. chodzimy.. i nic.. Powoli zaczyna się sjesta, wszyscy zamykają :-/ W końcu znajdujemy jakąś knajpkę gdzie mają lody kulkowe.. wchodzimy a tam.. wietnamczycy.. OK, przecież nie jesteśmy rasistami. No to zamawiam włoskie lody w wietnamskim barze na hiszpańskiej teneryfie po angielsku. Lody takie sobie, kawa strasznie mocna, ceny przystępne.

Poniewarz pojutrze wyjeżdżamy, a zostało nam trochę kasy, postanowiliśmy trochę zaszaleć. Renata wypatrzyła sobie jakieś okulary przeciwsłoneczne. Ja postanowiłem kupić jakiś elektro gadżet u hindusów. Wizyta u hindusa zakończyła się zakupem kamery (!) sony. Koleś jest naprawdę mistrzem sprzedaży – pan usiądzie, pan poczeka, sie załatwi, będzie pan zadowolony ;-) Ceny zaskakująco niskie – podróby?? Koleś tłumaczy, że wszystko jest duty free sprowadzane i dlatego takie ceny. Poużywamy, zobaczymy. Tak z ciekawości spytałem go o obiektywy do canona – nie było na wystawie. Koleś otworzył szafkę i … 0_o zatkało mnie i już go pokochałem. Zapytałem o 70-200 2,8. Koleś mówi 389 euro, będzie jutro!!!! aaaaa….. eeeee…. 389??? jest pan pewien??? Mówię, że jestem zainteresowany. Koleś na to, że musi zadzwonić i odpowie mi po 17:00. OK mister. Do hotelu, w hotelu jak na szpilkach, podniecony, jeszcze raz przeliczam i nie mogę uwieżyć.. Dobra, 17:00, wracam do kolesia.. Niestety, obiektywu nie ma w magazynie, może być w przyszłym tygodniu….   :-( a ja pojutrze wyjeżdżam.. W miedzyczasie koleś wciska mi dodatkową baterię do kamery i próbuje wcisnąć torbę.. Pytam go o inne obiektywy – 24 2,8 nie ma, 50 1,4 jest!! będzie jutro! Cena 339 euro!! Biorę! Umawiam się zkolesiem na telefon jutro, daję zaliczkę 20 eur, koleś wypisuje kwit.. i zobaczymy jutro. Po powrocie do hotelu pomyślałem, że mogłem go zapytać o body np. 5DM2.. niestety nie ma już czasu, w czwartek wracamy.. Zdecydowanie muszę wrócić na Teneryfę ;-)

Na dziś już kończę, Renata poszłą do hotelu, w pubie sprzątają.. może jutro jakieś zdjęcia..

 14.

No i znowu pojechaliśmy na plażę…

W sumie to nic ciekawego się nie działo, co warto by opisać.. Plaża, lody, powrót do hotelu.

Około 19 poszedłem do hindusa. Już z daleka mnie zobaczył i zaczął wylewnie pozdrawiać. Oczywiście nie miał dla mnie obiektywu :-( W sumie to byłem na to przygotowany, bo przemyślałem sobie całą akcję i doszedłem do wniosku, że koleś mi ściemniał. Po prostu liczył na to, że i tak do niego przyjdę a on mi wtedy coś jeszcze wciśnie.. No i wcisnął ;-) kupiłem kartę pamięci, dodatkową baterię i ładowarkę do kamery. Jest naprawdę niezły… a ja muszę poczwiczyć asertywność.. W sumie to jestem ciekawy, czy jak bym miał więcej czasu i go troszkę przycisnął, to by mi sprzedał jakiś dobry obiektyw.. hmm.. na miejscu miał jakiś EF 70-300 f/4-5.6 IS USM ale to nie to… Trudno, przynajmniej zaoszczędziłem trochę kasy.

Renata i Babci już częściowo spakowane.. jutro wracamy.

15.

Rano doczytałem książkę (w końcu udało mi się przeczytać I tom „Millenium”) i bez ciśnienia zacząłem pakowanie. Niby w tamtą stronę miałem jakieś 21kg, ale nagle się okazało, że w drodze powrotnej muszę zabrać o wiele więcej.. Tak jest zawsze!! Dlaczego?!? Przecież nie kupiliśmy aż tyle??

Do 12 byliśmy spakowani i wyszliśmy z pokoju. Autokar miał po nas podjechać o 12:40.. oczywiście się spóźnił.. maniana.. Bo niby korki były. Jakie korki?? Ale zaraz po wyjeździe z Costa del Silencio okazało się, że faktycznie wszędzie na dojazdówkach do autostrady są korki.  No i jak ma ich nie być, skoro oni tu mają wszystkie drogi (oprócz autostrady) JEDNOPASMOWE!!! Wcześniej o tym nie pomyślałem. Wystarczy, że jeden samochód stanie i nie ma opcji, NIE MA naprawdę jak go ominąć. Nasz kierowca na szczęście wykazał się znajomością okolicy i przewiózł nas jakimś skrótem przez tereny przemysłowe, bardzo wąską i krętą drogą.

OK, dojechaliśmy na lotnisko, nadaliśmy walizy, idziemy dalej z podręcznym. Tutaj jakaś panienka mówi wyuczoną formułkę po hiszp. i ang. o wkładaniu na tacki kurtek, zegarków, telefonów i innych pierdół. Mówię do niej, że w plecaku mam foto staf i czy też mam go kłaść na tą durną tackę czy mogę póścić plecak taśmą, a ona mi mówi, że mam wszystko wyjąć z plecaka!! No chyba ją pogieło! Próbuję jej wytłumaczyć, że to nie ma sensu, a ona do mnie znowu tą formułkę o wkładaniu na tacki kurtek, zegarków, telefonów i innych pierdół.. No normalnie się zagotowałem.. Renata już poszła, Babcia właśnie idzie, Vincent gdzieś poleciał, Dominik śpi, ja mam wszystkie dokumenty… noż kurtka na wacie!!! Olałem ją i puściłem plecak na taśmę.. nikt nic nie powiedział :-/ głupia służbistka… Przechodzimy „za granicę”, zaczynamy pakować graty w podręczny i ….. naglę się orientują, że nie mam dokumentów – dowody, paszporty, bilety!!!! AAAAAAA!!!! zostały przy tej głupiej ……e! Lecę do ichniej wopistki, która stoi przy bramcę i pytam czy mogę tam wrócić, a ona coś do mnie gada po hiszpańsku i pokazuje na jakiegoś umundurowanego kolesia. Podchodzę do niego i widzę, że trzyma moje papiery.. UFFFF!! Mówię do niego „muczos gracjas” i wyciągam rękę… ale to nie takie proste, koleś musi się upewnić czy na pewno to są moje papiery. OK, try me ;-) Koleś bierze mój dowód i czyta nazwisko (w sumie nie jest trudne nawet dla obcokrajowca) a potem próbuje przeczytać imię.. :-D lukasssszzzzssz… ukazzszsz… :-))) Troszkę mu pomogłem, co już było – moim zdaniem – dowodem, że to moje dokumenty, ale nie, koleś nie odpuszcza.. przerobiliśmy całą rodzinę i dopiero wtedy mi oddał.

Ponieważ byliśmy spóźnieni i nasz samolot był podstawiony na samym końcy (gate 4) to nawet nie miałem za bardzo czasu żeby zrobić jakieś zakupy :-/ Trudno… Boarding… rękaw, samolot, siadamy. Okazuje się, że leci z nami jakaś grupa z firmy farmaceutycznej (70 osób). No i niestety od samego wejścia do samolotu, udowadniają, że wszelkie stereotypy dotyczące wyjazdów firmowych są prawdziwe. Oni są w grupie, więc się im wydaje, że to ich samolot – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czyli chamstwo, alkohol pity z gwinta z litrowej butelki (grant’s), głupie teksty, popisówki, przepychanie się na chama itp. itd. I tak przez cały lot.. Oprócz tych debili, była też Dorota Stalińska i ekipa „Tańca z gwizdami” – Babcia rozpoznała Kochanka (tak mam podobno na nazwisko <-: ), ale było ich tam więcej.. No więc mamy gwiazdy na pokładzie :-/ Pojawiła się nawet jakaś pani, która przeprowadzała znimi wywiady w trakcie lotu !?!? Jak by nie mogła tego zrobić na lotnisku, albo wcześniej na Teneryfie.. hmm.. i co ona tam nagrała na ten dyktafon, odgłos silników??

Jakoś daliśmy radę, dzieciaki trochę wariowały, samolot lądował bez problemów. Lotnisko, bagaże, Dziadek, taxi i do domu..

…w sumie to mógłbym tam wrócić… przynajmniej żeby zapalić na balkonie nie trzeba się ubierać…

OK, jest 05:00 rano.. chyba starczy, ręsztę opowiem jak się spotkamy

Dodałem galerią zdjęć MANIANA.

POWYŻSZY TEKS JEST OPARTY NA MOICH SUBIEKTYWNYCH ODCZUCIACH. NIE MIAŁEM ZAMIARU NIKOGO OBRAZIĆ ANI TEŻ NIE BYŁEM PRZE NIKOGO „SPONSOROWANY”.  ŻADNA Z OSÓB OPISANYCH PRZEZE MNIE LUB WYSTĘPUJĄCYCH NA ZDJĘCIACH NIE UDZIELIŁA MI AUTORYZACJI ;-) WSZELKIE BŁĘDY ORTOGRAFICZNE BĘDĄ USUWANE W NAJBLIŻSZYM CZASIE – PRZEPRASZAM WRAŻLIWCÓW ORTOGRAFICZNYCH ;-P

:END OF LOG:

img_7098-10

 

 

.

.

comment Dodaj komentarz


8 × = pięćdziesiąt sześć

Komentarze Comments

  1. BK Fan
    13:22 on Luty 22nd, 2010

    Witam autorów bloga- naprawdę fajna pamiątka i info:) Mam pytanko…czy burger king wszędzie smakuje tak samo??? :P Proszę wybaczyć moją dociekliwość ale jestem fanem tej marki.

  2. Maciek N-K
    01:48 on Luty 13th, 2010

    Tab, odawal sie od dyslektykuff :)

    cos o tym wiem…
    zdruffko :))

  3. Lukasz
    11:01 on Luty 12th, 2010

    rano wreszcie normalna, dobra kawa :-)
    w nocy zapomniałem napisać, że jeszcze pododaję trochę zdjęć do tekstu może dodam też jakieś filmy..
    pozdr

  4. Lukasz
    01:42 on Luty 12th, 2010

    no więc jesteśmy… ufff.. podróż powrotna z lekkim opóźnieniem
    dzieci właśnie (dopiero?!?) poszły spać..
    łiski + kola i siadam do kompa zgrywać zdjęcia i nadrabiać zaległości we wpisach..
    Renata przed chwilą przeczytała (dopiero teraz) to co pisałem i powiedziała, że robię straszne błędy orto.. chyba ma rację, jest mi strasznie wstyd.. pisałem to wszystko na szybko, może to dlatego.. NIE!! NIC MNIE NIE TŁUMACZY!! od jutra zacznę korektę..

    Witojcie!

    p.s.
    jak to dobrze, że przed wyjazdem zostawiłem sobie w lodówce 4 małe oscypki ;-) wreszcie jakieś normalne polskie jedzenie..

  5. xyb
    22:33 on Luty 11th, 2010

    Teneriffa UI 327 21:20 wylądował Terminal 1

    WITOJCIE

  6. Lukasz
    13:25 on Luty 11th, 2010

    obiektywu nie kupiem.. :-( szczegóy w polsce
    teraz siedzimy na recepcji i czekamy na bus na lotnisko, w wawie bédziemy okoo 21..

    pozdrawiam

  7. xyb
    11:55 on Luty 11th, 2010

    Łukasz – ja bardzo przepraszam, ale mam pewne żądanie :
    Tropikalna kolacja rodem z wysp kanaryjskich ( czyli mogą być frytki ) i dobry alkohol z duty free !
    Ty wracasz z tropiku, a ja mam depresję post podróżniczą spowodowaną polskim zimowym syfem – to chyba wystarczające uzasadnienie, prawda ?
    g
    p.s. o obiektywie w prezencie nie muszę chyba wspominać L 70 – 200 2.8 będzie OK

  8. taboret
    11:45 on Luty 10th, 2010

    xyb
    no patrz. to mnie bill wkręcił, bo specjalnie w wordzie sobie wpisałem i słownik nie podkreślił, wobec czego uznałem, że obie wersje są poprawne

    poza tym i tak będę błędy tępił, bo dyslekcja = lenistwo, a nie choroba i zwolnienia z ortografii na maturze ;)

    pożondek mósi być

    lukk

    50 1.4 można za tyle w polsce kupić, ja kupowałem za ok 1200,- w foto it, ale 70-200L bierz 2 jak dowiozą ;)))

    mój asshole aż zadrżał z ciekawości jak przeczytałem opis kibla na katamaranie ;)))
    miałem wrażenie, że już go nic nie zadziwi a jednak….

  9. Lukasz
    23:08 on Luty 9th, 2010

    xyb
    DISORDERVELATZERPRODUCAO :-D

    to były czasy..

  10. xyb
    15:18 on Luty 9th, 2010

    SPECJALNIE DLA PITER special price plus discount, very chip, Misterrr
    znalazłem coś a pro po mojego poprzedniego wpisu do Ciebie
    to była tzw vlepka, daję tekstowo bo mi się zgubiła graficzna wersja
    aha pisownia oryginalna :)

    Wszystkie bledy ortograficzne, interpunkcyjne,gramatyczne i skladniowe –
    tutaj zamieszczone – sa oryginalne,zamierzone i chronione stosowna ustawa o prawie autorskim i
    prawach pokrewnych. Maja one obrazic swientego michnika i maje komorowska – obeje z Antiochi -oczywiscie
    P.C. Gazete – masonów i cyklistów,fakty razem z surferem gladkim krzysiemlisem, polityke porzal sie borze online,
    Marjana Krzklewskiego i tfurców serialu klan oraz ministra Kropiwnickiego – bo jest mi winien 20 $.
    Jakakolwiek zbierznosc opisanych bledów z bledami wystaepujacymi w swiecie
    rzeczywistym jest przypadkowa! Wszelkie kopiowanie, cytowanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwik sposób
    ZABRONIONE !!!
    y2k/y2k&1 – Copy Right, Registerd, TM, CORP, GMBH by :xyb:

    a to vlepka masochistka – moja ulubiona, rok chyba 1999
    disorder

  11. xyb
    08:44 on Luty 9th, 2010

    Piotrek nie chciałbym bym się czepiać, ale NIE PISZE SIĘ „spowrotem” tylko „z powrotem” ty … łosiu, łachu :).

  12. Lukasz
    23:40 on Luty 8th, 2010

    skok
    jesteśmy na wschód od Las Galletas a dokładnie w na/w Costa del Silencio; zdjęcie hotelu masz na początku, to z basenem; hotel Palia Don Pedro ;-)

    tab
    dzięki za wytknięcie błędu ;-) poprawię się

  13. skok
    21:28 on Luty 8th, 2010

    Lukk

    napisz jak się nazywa mieścina w której jesteście, no i jakieś zdjęcie hotelu poproszę.

  14. taboret
    21:17 on Luty 8th, 2010

    Lukk

    kierunek ma znaczenie, z G przekonaliśmy się o tym w azji
    tylko u nas było odwrotnie
    tam 250 tys IDR, spowrotem 150 tys

    a tak przy okazji

    „narzekająca”

    damn it, to jakaś moda na na antyortografię, czy tylko ja jestem pierdolnięty?

    Skok

    racja, James Joyce się kłania

    Ulisses, czy jakoś tak

    kreteki rules

    znowu palę/czasami/

    Maciek /Lukk/

    co racja to racja
    milionów zdjęć oczekujemy

    damn it

    PS.
    znowu wstałem o 4 rano
    to już piąty dzień i nic się nie zmienia

    PS2 nie zalało Was tam?

    Pit

  15. skok
    20:35 on Luty 8th, 2010

    Bardzo fajne słowo pisane.
    To jakiś strumień jest – koniecznie trzeba wydać.
    Jak morie też tak zimne jak basen?
    Życzę pogody.

  16. Lukasz
    01:00 on Luty 8th, 2010

    kretek :-D

    Maciek, zdjęcia będą w piątek lub sobotę.

    pozdr

  17. xyb
    20:54 on Luty 7th, 2010

    proszę oto kretek

    kretek

    a z tym paleniem na placu zabaw to przesadzasz lekko, no chyba, że do piaskownicy kiepy wywalają
    jak do kosza to ja nie rozumiem oburzenia

  18. Maciek N-K
    15:25 on Luty 7th, 2010

    zdjecia please, opis spoko, wiadomo kurort. Nie chodzi o Twoje zdolnosci literackie tylko o egzotyke miejsca :))))))) podobne odczucia mialem na Canarach (fajna przygoda mnie tam spotkala…;)) ) wiec generalnie bylo spoko, wybral bym sie tam w zime jeszcze raz, ale tylko ze wzgledu na cene i odleglosc.
    pozdro Luk :)

  19. Lukasz
    00:23 on Luty 7th, 2010

    tab
    nie zachęca bo takie też było moje pierwsze wrażenie w pierwszych dniach, ale im dłużej tu jestem tym bardziej mi się podoba;
    relacja nadal będzie cyniczno nażekająca bo taki jest autor ;-)
    tak czy inaczej przestaje mi już przeszkadzać ten syf i wieczna maniana

    pozdr i wasze zdrowie

    aha, co to kretek?

  20. taboret
    10:53 on Luty 6th, 2010

    Lukk
    sposób relacjonowania spoko, ale treść nie zachęca do odwiedzenia Tene-ryfy…

    Xyb, moja przebitka:
    wczoraj brałem poranny prysznic o 3:50 ;) i potem już zero snu. aż do 1:00 dzisiaj. i chyba się udało przetrzymać, bo wstałem dzisiaj o 10:00.
    Dziwnie się czułem nie słysząc o 4:00 modlitw i całego tego Yamajamamajamaaaaaaaa z Mosque’ów
    Mister
    PS. ponieważ 48h okres ochronny minął chyba Cię dzisiaj odwiedzę z bigus di(s)kus ;)) a wieczorem u Skuko Gin&Tonic&Kretek jak sądzę…

    Pączek R

  21. Lukasz mobil omnia
    23:58 on Luty 5th, 2010

    Zdeponowanie zony oraz squteiros kosztuje muczos ojros…
    w kwestji akapitow, to z powodu przezucenia txt pisanego wczesniej w notatniku – wordpress dziwnie go wkleil :-/
    Znowu siedzimy w pubie, ale zona zabrala mi lapka :(
    Jak starczy pradu to moze cos wrzuce..
    pozdr

  22. xyb
    10:12 on Luty 5th, 2010

    eh, z tym laptopem to żonę zdeponuj w recepcji, po prostu
    odbierzesz po powrocie…
    ty w mokrym podkoszulku i na plaży nudystów !? zaczynam sobie to wizualizować
    oooo, mam
    tak, widzę to, jest !
    print screen i … na joe monster :)
    p.s. pamiętaj o akapitach i o słowie „problem” częstotliwość obu możesz zwiększyć
    akapity dla czytelnika
    a słowo „problem” dla Otrębskiego
    cholera znowu wstałem o 5.30
    za porady stylistyczne policzę Ci z dyskontem – 2 Euro
    pzdr. G
    ruszać się, zwiedzać, nie moknąć, może mają tam squterros

  23. Lukasz z baru Tenerife Sun
    00:13 on Luty 5th, 2010

    dobra tyle na dziś.. właśnie mi Renata wyrywa laptooooooo… paaa .. aaa

  24. Lula
    09:37 on Luty 4th, 2010

    Luk..fajna relacja.. masz lekkie pióro :) Pisz, pisz i wklejaj foty :)
    Pozdrowienia dla Reni i Twojej mamy

  25. Lukasz
    23:34 on Luty 3rd, 2010

    na razie tyle, bo mi bateria w lapku pada a nie wziąłem z hotelu ładowrki..
    pozdr

  26. Lula
    18:27 on Luty 2nd, 2010

    Luk trzymam kciuki za lepszą pogodę :) Na pewno wkrótce zaświeci słońce. W końcu nie każdy będzie mógł powiedzieć, że był na Teneryfie w…… porze deszczowej ;)

    Pozdrawiamy

  27. Lukasz z recepcji hotelu
    17:24 on Luty 2nd, 2010

    10 min. internetu za 1 euro…. wiéc szybko
    jutrzejsza wycieczka na wyspe Gomere tez odwolana ze wzgledu na duze opady deszczu w ostatnich dniach – nieprzejezdne drogi, osuwiska skalne itp itd..
    podobno w lokalnych (hiszpanskich) wiadomosciach mowia o tych opadach jako o czyms naprawde wyjatkowym i rzadkim.. niemalze kleska zywiolowa. tutaj deszcz nie wsiaka w glebe bo nie ma w co, podloze wulkaniczne – wszystko splywa z gor, a w gorach naprawde niezle pada…
    na szczescie samoloty startuja, wiec mamy jak wrocic ;-)
    mamy nadzieje, ze w przyszlym tygodniu sie poprawi…
    dzieci dostaja szalu w pokoju.. dzis poszedlem z Vincem na plac zabaw, ale musielismy uciekac przed deszczem… bieglismy wzdloz morza i z jednej strony moczyl nas deszcz a z drogiej fale rozbijajace sie o klify.. gdyby byl tu konkurs mokrego podkoszulka to bym go dzis wygral ;-)

    takich wczasow na teneryfie to chyba nikt nie mial

    pozdr

  28. Lukasz mobil omnia
    13:03 on Luty 2nd, 2010

    maciek – trzymam cie za slowo ;-)

    na 5 dni deszczowych w ciagu roku na teneryfie, my zaliczylismy juz 3… jutro tez ma padac…
    dla miejscowych to niemal stan kleski zywiolowej, zalane sklepy, przerwane drogi, w gorach woda wyplukuje skaly na drogi a morz na jakis kilometr od brzegu ma kolor „brudny”. Odwolalismy dzisiejszy rejs katamaranem.. Przynajmniej jest cieplo +20 stopni
    Nadal szukam wifi, ale tu nie ma nic za darmo… wszedzie tylko euro, euro, euro..
    pozdr

  29. Maciek N-K
    23:31 on Luty 1st, 2010

    poczekaj jak ja CI zrobie kawe po irlandzku… :))

  30. Lukasz mobil omnia
    12:28 on Luty 1st, 2010

    siedze wlasnie pod wulkanem Teide i pije kawe po irlandzku (barman dodal tyle pradu, ze ledwo moge to wypic) w gorach pogoda fatalna, deszcz i grad, nie da sie robic zdjec…
    dzis czeka mnie jeszcze degustacja win i likierow oraz los gigantes.

  31. Lula
    19:35 on Styczeń 31st, 2010

    Luk czekamy na foto :)
    Pozdrowienia

  32. taboret
    14:55 on Styczeń 30th, 2010

    i to mi sie podoba

    u nas whisky droga, wiec tylko piwko albo drink z palemka

    Wasze zdrowie!

    Yo

    PS. zazdroszcze 20 stopni bo my w sloncu dzisiaj mielismy chyba z 50…

    G zmnienia skore jak gekon a ja se nozke o korala rozw i spuchla do wielkosci kokosa

    ale od czego sa skutery, przeciez chodzil nie bede

    aha
    zaliczylismy 1 proby surfowania
    patrzac na wyczyny G, to serdecznie wszystkim polecam :)))))))))))

    do milego

  33. Lukasz mobil omnia
    15:27 on Styczeń 29th, 2010

    dziennik podrozy pisany na biezaco, dodam pozniej
    krotko:
    basen, +20, whiskey + cola, wszyscy zdrowi, foto sie robi, whiskey + cola…
    szukam wifi bo gprs w roamingu drogi.

    :end of log:

  34. Lula
    14:21 on Styczeń 29th, 2010

    a teraz to nawet 2 stopnie na plusie mamy :p

  35. Lula
    09:49 on Styczeń 29th, 2010

    Warszawa, juz nie taka zimna ..tylko -1 :)
    tomar fotos y enviar !!!
    Les deseo una estancia agradable !!!!

    Znaczy zdjęcia wysyłaj i miłego pobytu zyczę :)

    k

  36. Lukasz mobil omnia
    22:19 on Styczeń 28th, 2010

    jestesmy…
    9 godz w samolocie
    +20 stopni
    nie ma wifi w hotelu jade przez gprs = drogo
    wiecej jutro…
    pozdr zimna warszawe ;-)

  37. Lula
    17:37 on Styczeń 28th, 2010

    Luk poleciałeś w końcu? Jakieś zdjęcie? mam zdjęciowy niedosyt ….
    Pozdrawiam i zyczę udanego wypoczynku
    k

  38. Maciek N-K
    14:07 on Styczeń 28th, 2010

    zle dobrego poczatki… :)
    przynajmniej tak mowia… :)))
    pozdraiwm

  39. Lukasz mobil omnia
    13:30 on Styczeń 28th, 2010

    i’m still standing…
    4,5 godz
    :-(

    to se polatalem

  40. Lukasz mobil omnia
    10:54 on Styczeń 28th, 2010

    nadal stoimy na okeciu :-/
    to juz 2 godz…

  41. Lukasz mobil omnia
    09:33 on Styczeń 28th, 2010

    pisze z samolotu
    odlot opozniony z powodu silnego wiatru i opadow sniegu…
    mlodszy spi ;-) super!
    jakos w ogole sie nie deneruoje…

    :-D

  42. Lula
    23:08 on Styczeń 27th, 2010

    Luk życzę Wam wspaniałej przygody, udanego wypoczynku i wielu niezpomnianych wrażeń :) Zazdroszczę bardzo…… My może na Fuertę na Święta- tak sobie marzę….

    Weź landrynki na drogę żeby sie młodszemu uszy nie zatkały…., albo cos do ssania…cokolwiek :p art.pl

    Jak to sięm mówi: szerokich skrzydeł, udanych lotów, lekkich bagaży… Pozdrów Renię i Mamę :)

    ściskam
    k

  43. Lukasz
    21:11 on Styczeń 27th, 2010

    21:10 – prawie spakowani… pobudka o 05:00… samolot o 09:00…
    na miejscu czas warszawa -1 godzina…